• Alicja Głuszek

Joanna Gorlach

Aktualizacja: paź 7

Dyrektor Festiwalu Miesiąc Fotografii, wcześniej wieloletnia koordynatorka i producentka programu głównego tegoż festiwalu.


Joanna Gorlach, zdjęcie: Katarzyna Wieczorek

Miesiąc Fotografii jest szczególną imprezą pokazującą różne formaty i konwencje współcześnie powstającej sztuki wizualnej. Organizowany w Krakowie przez zespół Fundacji Sztuk Wizualnych, ma wiernych fanów w Polsce i za granicą. W 2020 odbyła się jego 18 edycja. Każdego roku 30 osób z biura organizacyjnego wraz z wolontariuszami tworzy wystawy i wydarzenia towarzyszące (wykłady, warsztaty, projekcje, debaty, seminaria).


Joanna jest i spiritus movens festiwalu i siłaczką, która spina cały zespół. Buduje program, zdobywa środki na jego realizację, koordynuje prace produkcyjne.


Sama też fotografuje, jest laureatką konkursów, zdobywczynią nagród za swoje cykle fotograficzne.


Znam Joannę od roku. Razem przyszło nam zbudować tegoroczną edycję Miesiąca Fotografii. Jest spokojną i przenikliwą osobą. Szalenie analityczną, ale też niesamowicie spójną i jasno komunikującą swoją wizję wszystkim z kim współpracuje.


Podczas naszego spotkania chciałam z nią poruszyć temat ogólny czyli jak powstają wystawy, ale też porozmawiać o tym czy bycie artystką pomaga w ich produkowaniu? Ważne było też dla mnie by odważnie zapytać: czy producent jest współtwórcą na równi z artystą?


W naszej rozmowie nie zabrakło też bardziej konkretnych rozważań na temat tego jak się koordynuje chaos, który towarzyszy nieodzownie procesowi twórczemu oraz jakie narzędzia przydają się w pracy realizatorskiej?


AG: Fajnie, żebyśmy porozmawiały, jak się robi wystawy? A także o tym co jest w tym takiego, że w pewnym momencie się tym zainteresowałaś i już zostałaś w tym biznesie?


JG: Zadajesz pytania, które są bardzo proste, a tak naprawdę powodują, że człowiek musi siąść i zastanowić się nad sobą i nad miejscem w życiu, w którym jest.


AG: Dlatego lubię te wywiady. Za każdym razem gdy się spotykam z ludźmi dajemy sobie pauzę od głównego nurtu i zastanawiamy się nad tym jak to było na początku, przy tych pierwszych realizacjach, kiedy się tego bakcyla połknęło.


JG: Powiem, co mnie do tego przyciągnęło. Właściwie od lat szkolnych interesowałam się fotografią i robiłam zdjęcia i miałam takie poczucie, że czytam świat poprzez obrazy, że to jest mi bliższe, może bardziej intuicyjne. Dobrze się czułam w takiej sferze wzrokowo-wizualnej, ale robiłam to z dużą dozą nieświadomości tego, czym jest to medium, jak z niego korzystać. Nie mówię tutaj o technice, bardziej o takim poziomie wyżej, poziomie meta z tym związanym. To powiedzmy jest taki początek zainteresowania się światem profesjonalnej fotografii.

Z wykształcenia jestem kulturoznawczynią. Podczas studiów w ogóle się nie zajmowałam obrazami, wręcz przeciwnie, tam zajmowałam się literaturą. Też nie umiem powiedzieć dlaczego, taki był moment.

A jeśli chodzi konkretnie o początki współpracy z Fundacją Sztuk Wizualnych, która się zaczęła w 2011 roku, wynikła ona z powodów czysto praktycznych, po prostu potrzebowałam pracy. Wcześniej pracowałam w firmie retuszerskiej, gdzie zajmowaliśmy się retuszem i opisem zdjęć dla banków zdjęć, więc już się profesjonalnie związałam z tym medium. Było to komercyjne i trochę nudne w gruncie rzeczy i stwierdziłam, że ciekawi mnie, czy jest coś więcej, czy ta fotografia poza ładnym obrazem, czymś co jest atrakcyjne niesie jakąś większą treść, czy ma jakieś znaczenie dla nas, w społeczeństwie.

Zaczęłam pracę w Fundacji, w 2011 roku, jak już wspomniałam, przy wyjątkowej edycji pod tytułem “Alias”, która kompletnie wywróciła myślenie o tym, czym jest fotografia, czym jest wystawa, czym jest festiwal fotografii, bo tam się pojawiły i elementy performance'u i były prace video. Organizatorzy i twórcy festiwalu odeszli wtedy daleko od sztampowego myślenia o wystawie fotograficznej w niszowej galerii sztuki czy też o typowych ekspozycjach muzealnych czy wystawie jak World Press Photo. Czyli od formatów wówczas znanych i popularnych w Krakowie, takich, które zbudowane są z ciekawych obrazów, ładnych, kolorowych czy ewentualnie z mocną treścią. Wiedzieliśmy wówczas, że publiczność jest przyzwyczajona i reaguje właśnie na taką fotografię. Odejście od tego, poszerzenie formuły festiwalu, na jaką pozwolili sobie wówczas organizatorzy, kuratorzy i twórcy, zaintrygowało mnie na tyle, że wciąż w tym jestem.


AG: A pamiętasz jak rozbudowany był program tej edycji, ile wystaw i wydarzeń towarzyszących mieścił?


JG: Nie pamiętam w szczegółach, bo to było prawie 10 lat temu. Byłam taka onieśmielona tym wszystkim, tymi nazwiskami, ludźmi, którzy przyjechali. To naprawdę była duża impreza. Wystaw chyba było kilka, może kilkanaście, na pewno było wielu artystów.

Właśnie cała koncepcja festiwalu, która została wtedy wymyślona, zresztą przez kuratorów wiodących tej edycji, czyli przez słynny duet Broomberg i Chanarin. Oni zaprosili pisarzy, którzy stworzyli fikcyjne postaci, z kolei artyści mieli się wcielać w tych bohaterów opowieści, przyjmowali ich biografie, opisane przez pisarzy i w ten sposób tworzyli prace.


AG: Mówiąc artyści masz na myśli głównie fotografów?


JG: Różnie, ale faktycznie byli to głównie artyści sztuk wizualnych. To było bardzo interesujące w tym całym procesie, że można było w ogóle w ten sposób przesunąć pewne linie demarkujące czym jest autorstwo prac w tak na nowo określonym kontekście wystaw i festiwalu. Podczas tej edycji wszyscy twórcy występowali anonimowo. To też wydaje mi się dosyć istotne w myśleniu o sztuce i funkcjonowaniu w tym środowisku, że nagle można się nie podpisać pod swoją pracą. Czy to dobrze czy to źle? Jak to wpływa na twórcę i na obiekt? Ile swobody twórczej mu to daje? Więc tak się zaczęła moja przygoda, od takiej wyjątkowej edycji, którą też publiczność bardzo różnie odbierała. W tym roku czytałam recenzje tegorocznej edycji festiwalu i ktoś tam się odwoływał do tamtej, jakie to było wspaniałe i nieoczekiwane. Tamta edycja zbudował pewien wizerunek festiwalu na kolejne lata. Warto, też jednak dodać, że wówczas w 2011 roku pojawiło się również mnóstwo głosów, wskazujących na to, że ludzie odrzucili tego typu eksperymenty. Pomyślałam w tym roku, że to też jest fajne, że stanowi to jakiś taki ferment wokół całej sytuacji budowania, tworzenia pewnej opowieści o nas i o sztuce.


AG: Taka formuła nie pozostawia obojętnym?


JG: Tak. Pomogło mi to już na samym wstępie tej drogi twórczej i producenckiej, jak i również potem, takie wyjście ze schematu. To, że właściwie można się tymi konwencjami bawić, żonglować. Jest to zarówno intrygujące jak i wyzwalające odwagę, twórczą jak i w życiu.


AG: Trochę ta rola producenta daje taką swobodę i szansę na eksperymentowanie?


JG: Myślę, że to też zależy od tego z kim się pracuje, bo ja zaczynałam od koordynacji wystaw i rzeczywiście jako pierwszy duży projekt dostałam do opracowania wystawę, która była w Bunkrze Sztuki w 2012 roku. Jej kuratorką była Charlotte Cotton, też duża postać we współczesnym świecie sztuki, kuratorka brytyjska, duże nazwisko i co za tym idzie duże doświadczenie. Kobieta, której teorie czy pomysły są powszechnie akceptowane. Jednocześnie niezmiernie silna osobowość, która gdzieś tam tą swoją obraną ścieżkę przez fotografię i sztuki wizualne wytyczyła, kierując się swoim indywidualnym sposobem patrzenia i oceniania.

Wracając do samej wystawy, to było wyjątkowe wydarzenie, bo organizatorzy, ma na myśli ówczesnych dyrektorów artystycznych, zaprosili znowu do współpracy bardzo różnorodny wachlarz osobowości, artystów wizualnych, czyli fotografów, grafików ale były też osoby, które piszą o kulturze w ogóle szeroko, albo które w swoich badaniach wykorzystują zdjęcia jako podbudowę opracowania jakiegoś tematu, byli też zaproszeni przedstawiciele różnych organizacji czy instytucji w Krakowie.

Celem jaki Cotton postawiła przed nami wszystkimi było zrealizowanie wystawy procesu.

Ówczesny dyrektor artystyczny festiwalu Karol Hordziej wymyślił taki tytuł "Fotografia w życiu codziennym"*, czyli w ten sposób próbowaliśmy opowiedzieć ludziom w jaki sposób fotografia jest wykorzystywana i funkcjonuje w naszym codziennym doświadczeniu. Przecież każdy z nas jest teraz fotografem, mamy komórki, smartfony, komunikujemy się obrazami, mamy Instagram, gdzie w zasadzie się nic lub niewiele się pisze tylko wysyła obraz i w ten sposób opowiada o swoim życiu.

Zatem te 8 temu, już w 2012 roku eksperymentowaliśmy z tematem jak fotografia działa współcześnie. Zaglądaliśmy do albumów rodzinnych, by się o tym dowiedzieć posługujemy się fotografią tworząc opowieści o naszym życiu, rodzinnym, zwykłym, odświętnym.

Przeprowadziliśmy też pamiętam warsztaty zorganizowane przez Towarzystwo Inicjatyw Twórczych "ę" z Warszawy, podczas, których publiczność miała szansę trochę się oswoić z fotografią, spróbować pobawić się nią, stworzyć coś a potem wystawić to w galerii, aby inni to zobaczyli. Zatem sama wystawa powstała bo publiczność ją tworzyła. To był bardzo ciekawy moment, kiedy galeria sztuki została otwarta dla ludzi, którzy nie tylko byli w niej widzami ale też gospodarzami. Ówczesny dyrektor Bunka Sztuki, Piotr Cypriański ,zaproponował, żeby nie było biletów na tę wystawę, co sprawiało, że można było wracać bez dodatkowych kosztów, a o to chodziło, żeby można było patrzeć, jak ta wystawa narasta, jak w wyniku warsztatów, działań, procesów powstaje w procesie i nigdy nie jest całkowicie gotowa. Podczas tamtej wystawy zaznaczył się też kolektyw New Roman, zespół grafików, projektantów, zresztą jeden z nich, Damian Nowak do dzisiaj z nami współpracuje, projektuje wystawy i teksty. Jego ekipa siedziała cały czas na środku w galerii i produkowała prace, teksty, wycinała, kserowała. To wszystko było nowe, nietypowe, niesamowite. Już teraz nawet nie wspomnę wszystkich wspaniałych nazwisk i wydarzeń...


AG: Aczkolwiek teraz jak sobie pomyślę od strony koordynatorskiej czy producenckiej, to coś, co wygląda fajnie i intrygująco i ciekawie dla widza i odbiorcy, to dla koordynatora to jest duży stres. Te wszystkie procesy, zadania, osoby, których nie możesz kontrolować, które uwolniłeś właśnie w takim procesie twórczym, są dodatkowym czynnikiem wywołującym stres.


JG: Powiem tak: im człowiek mniej doświadczony, tym bardziej skomplikowane rzeczy robi, trochę bez świadomości tego, co go czeka, co może nie pójść. Rzeczywiście, jak się zanurzyłam wtedy w tym to było takie pół roku wyjęte z życia.

Bo to rzeczywiście była codzienna korespondencja z kilkudziesięcioma osobami, jak sobie kiedyś policzyłam dobrze, to oczywiście była praca pod okiem ówczesnej producentki Izy Wałek, której przekazywałam wszystkie informacje. Bo rzeczywiście było tak, że przeze mnie przechodziły wszystkie procesy, cała komunikacja i informacje dotyczące produkcji, to znaczy od poziomu spinacza i gwoździa, po wyprodukowanie prac, obrazu, który miał wisieć na ścianie, po oprawę, transporty, zorganizowanie tekstów. Myśmy też jako organizatorzy nie mieli jeszcze doświadczenia, że czym innym jest zorganizowanie wystawy, gdzie prace wiszą na ścianie, a czym innym jest budowanie instalacji. Tutaj też pracował z nami duet aranżerów LATALA DESIGN, który zaprojektował, takie specjalne standy, biurka ekspozycyjne pod potrzeby konkretnych wystaw.


AG: Co Ci w tym procesie zarządzania pomaga? Bo to jest chaos i tych wątków, które się toczą w jednym czasie jest bez liku. Jakie narzędzia są pomocne w pracy producenta, koordynatora?


J: Google docs i Excel. Jak zadałaś to pierwsze pytanie to mogłam pofilozofować, ale potem sobie zawsze powiedziałam Excel. Jednak jest to narzędzie, bez którego ani rusz. Praca koordynacyjna czy producenta to jednak praca przy komputerze, od rana do wieczora, to jest patrzenie w monitor, wybieranie danych, katalogowanie i porządkowanie ich. To jest niezwykle żmudny proces, gdzie wszystko ma znaczenie, bo każdy artysta, każdy kurator ma swoje wymagania, jakąś wizję, którą trzeba przełożyć na projekt. To jest taki moment rzeczywiście trudny bo się muszą spotkać dwa umysły, dwa podejścia albo i więcej, to trzeba potem narysować, a potem wyprodukować. W jakiejś mierze to przypomina budowanie scenografii teatralnej. Myśmy robiąc wystawy, w pewnym momencie, w tę stronę poszli, łącznie z tym, że przy którejś kolejnej edycji rzeczywiście zatrudniliśmy scenografkę z teatru (Barbara Hanicka). Był kurator, którego zadaniem było wybranie tematu programu, z kolei potrzebowaliśmy później kogoś, kto by to wszystko zaaranżował, zaplanował i to było jej zadanie.


AG:W tym projekcie spotykam się jak wiesz z różnymi producentami, realizatorami, również z teatru, ze świata koncertowego. Oni też często podkreślają, że ten proces przypomina takie wytworzenie całej rzeczywistości i kreowanie nowego, kompletnego świata od zera. Ten proces jest w rękach masy ludzi, od koncepcji po właśnie taki szczegół jak siedziska. Z kim Ty dziś tworzysz festiwal?


J: Teraz czy ogólnie?


A: Ogólnie. Ile ludzi jest w ekipie, ile uważasz, że jest potrzebne bo daje Ci pewność dobrej realizacji?


J: Wszystko zależy od skali, ja myślę, że są różne funkcje, różne etapy budowania festiwalu. Wiadomo, że wszystko się zaczyna od pewnej koncepcji, merytoryki, to się zazwyczaj odbywa na poziomie rozmów kuratorskich. Na tej podstawie wiem już mniej więcej jakie kierunki nas interesują, jakie tematy, no i potem szukamy ludzi, którzy generalnie mają podobne kolokwialnie mówiąć zajawki, albo w swojej działalności kuratorskiej albo naukowej. I oni potem zapraszają twórców, którzy albo też w swojej aktywności artystycznej pewne tematy badają, zajmują się jakąś problematyką, albo mają już gotowe prace, które gdzieś tam przez narrację kuratorską są wpisywane w jakiś wątek.

Za każdym festiwalem, wystawą stoi zatem cały sztab osób, całe zaplecze, z którego mało kto zdaje sobie sprawę. Ja też czasem jak przychodzę na wystawę to rzadko już to sobie uzmysławiam, choć przecież wiem, jak to się robi. Dajmy na to wisi tam 10, 20, 100 prac, ale za tym stoi sztab ludzi, którzy zajmują się logistyką i produkcją. Takie zaplecze jest jak laboratorium, które musi wydrukować, oprawić albo prace trzeba wypożyczyć z innej instytucji, galerii, przywieźć z drugiego końca świata. Za wszystkim oczywiście idzie jakieś finansowanie, pozyskiwanie funduszy na realizację. W każdym takim procesie, są osoby, które zajmują się stricte finansami, siedzą i liczą, sprawdzają czy wszystkie liczby zgadzają w Excelu. Jest też całe grono montażystów, którzy godzinami, dniami, czasem nocami montują te prace, bo to nie jest wbicie gwoździa do ściany, to jest takie zbudowanie doświadczenia, także przestrzennego. Do tego trzeba ustawić światła. Czasami wchodzimy na wystawę i jest ono bardzo neutralne, ambient, ale nawet takie oświetlenie wymaga dopracowania i ustawienia. Nic się nie dzieje samo. To, że mamy białe ściany, parę prac i jakieś światło, to naprawdę trudno w to uwierzyć zawsze jest wynik pracy kilkunastu a nawet kilkudziesięciu ludzi zaangażowanych, którzy nad tym pracują. Jest też super istotny dział projektantów, którzy mierzą wszystko, układają, projektują teksty, typografię, to są już takie smaczki, ale one są równie ważne, bo tworzą spójną całość. Staram się myśleć o każdej wystawie w sposób całościowy i precyzyjny. aby każdy element, z których jest złożona był dopracowany, żeby tam nie było przypadkowych części, tylko, żeby to było porządnie zrobione, przemyślane, wykonane i zawieszone.


AG: Oprócz tego, są w zespole produkcyjnym ludzie, którzy to już później reklamują, zajmują się komunikacją projektu na zewnątrz?


JG: Tak teraz jest niesamowicie szybkie tempo. W dodatku niezwykle bogata jest oferta kulturalna w mieście. Wszyscy czujemy dziś natłok wszystkiego. Zatem potrzebne są osoby, które zajmują się PRem, marketingiem offline i online. Dzięki nim i ich zabiegom możemy tego odbiorcę złapać, przyciągnąć, powiedzieć mu dlaczego warto wybrać właśnie nasze wydarzenia. Nawet jak jest się bardzo dobrym wydarzeniem czy znaną marką, to nie jest łatwo się przebić, bo oferta jest tak szeroka. Wczoraj właśnie odbyłam taką rozmowę, gdzie ktoś mi powiedział znowy, że wiesz, te wszystkie media Instagram, Facebook, dają mi poczucie takiego pozoru uczestniczenia, bo wiem, że coś było, wiem gdzie, kto, ale to nie jest to samo w momencie, kiedy się wejdzie na wystawę, kiedy trzeba popełnić jakiś wysiłek też.


AG: Tak bo kogoś musimy skłonić do tego, by poświęcił swój czas na to, co wymyśliliśmy.


JG: Poza tym, w naszym zespole producenckim jest też bardzo ważny dział, który zajmuje się redakcją tekstów. Dlaczego potrzebne nam są podpisy do obrazów? Są niezwykle ważne teksty pozwalają nam na przedstawienie koncepcji, ale też właśnie na to by komunikować się z widzę też w inny sposób, by go zachęcić do udziału w Festiwalu.


AG: Czyli jest jakiś redaktor, edytor tekstów, później obrabia to dział grafiki, więc praca nad wystawą, nad festiwalem to nie są ostatnie dwa tygodnie, tylko cały rok de facto?


JG: Tak, ja uwielbiam to zdziwienie na twarzach ludzi, gdyż wielu się wydaje, że produkcja wystawy niemalże się dzieje w czasie rzeczywistym tzn. otwiera się festiwal, a może coś tam miesiąc przed coś ruszyliśmy. Nie, to nas wszystkich kosztuje przynajmniej rok pracy. Tak idealnie to wszystko powinno zaczynać się nawet wcześniej, bo samo opracowanie koncepcji festiwalu to jest zajęcie wykonywane na bieżąco. To śledzenie, obserwowanie tego, co się dzieje w społeczeństwie, co jest ważne, co jest interesujące, też jakie projekty czy w Polsce czy na świecie zyskują uwagę artystów, kuratorów, krytyków.


AG: Też po takiej stronie producenckiej, zapewnienie finansowania, też zbadanie alternatyw. Prawdopodobnie gdzieś tam jest pierwszy scenariusz brany pod uwagę i trzeba go zbadać pod kątem praktycznym, czy jakieś prace mogą być wypożyczone po prostu na dany okres.


JG: Dokładnie tak. To wszystko zajmuje czas, to nie są rzeczy, których się z dnia na dzień dowiemy nie mówiąc już że zrobimy. Oczywiście wspomniałaś o finansowaniu, które jest kluczowe, bo ta praca musi być wykonana przed, to sprawa prozaiczna trzeba mieć pieniądze, żeby zapłacić ludziom, żeby przygotowali, opracowali temat i zaczęli go jakoś produkcyjnie wdrażać. Można robić rzeczy budżetowo, jak się ma mniej pieniędzy, można robić większe projekty, jak się ma ich więcej, ale to też wypracowanie tych środków, bo to są i dotacje miejskie i ministerialne, ale to często są też współpracę partnerskie, mecenaty. Trzeba tutaj pomyśleć, że festiwal, jego koncepcja, formuła, powiem to brzydko, są czymś co trzeba w jakiś sposób sprzedać, czyli pozyskać sponsorów. I to zajmuje też bardzo dużo czasu. I to trzeba robić z wyprzedzeniem.


AG: W innej mojej rozmowie, właśnie z aranżerkami wystaw pojawił się taki temat, że gdybym ja wiedziała, że kreacja to 20% mojej pracy, a reszta to jest ściganie kasy, ściganie faktur i właśnie takie praktyczne rzeczy to bym się dwa razy zastanowiła czy w to wchodzę. Niemniej ten element kreacji jest wydaje mi się ogromnie istotny dla osób, które wybierają takie zajęcia. On też bardzo cieszy, ale w całym morzu tego, żeby coś zaistniało to ten element kreatywny stanowi dużego procentu całości działania?


JG: Zawsze powtarzam to osobom, które przychodzą do nas pracować, które dopiero zaczynają, że uważam, że kreacja jest wszędzie. I tak naprawdę tylko od nas zależy, jak daleko w tym kierunku pójdziemy. Zarazem to jest może wdzięczne i niewdzięczne jednocześnie w naszej pracy, że nie zawsze od razu widać efekt, że czasami to naprawdę wymaga lat, żeby móc wejść na taki poziom doświadczenia i biegłości, żeby móc rzeczywiście poczuć, że ma się taki wpływ, że nie tylko się wykonuje i realizuje czyjąś wizję, ale znając i wiedząc jak cały proces wygląda, wiedząc, gdzie są jakieś pułapki i trudności, też umieć szukać ciekawych rozwiązań. A wtedy mamy do czynienia już z kreacją. I to jest przyjemne. Też powtarzam na przykład koordynatorom, którzy zaczynają, że jednak realizują cudzą wizję i z tym się muszą pogodzić. To są często ludzie, którzy sami coś tworzą. Niemniej w tej roli produkcyjnej nie pełnią takiej funkcji. Nie zmienia to faktu, że i w niej można się wiele nauczyć, że potem na bazie tego doświadczenia można rzeczywiście proponować rozwiązania, w ten sposób stać się współtwórcą. Mi się to zdarzyło, bo miałam faktycznie wspaniałą możliwość, że przez lata pracowałam w duecie z kuratorami, oczywiście asystując im, realizując ich wizje, ale zawsze się to odbywało na poziomie partnerskim, poprzez dialog.


AG: Czy to jest właśnie to, co pociąga w pracy producenckiej?


JG: Myślę, że tak, to jest taka satysfakcja tworzenia. Przychodzisz i masz zrobione dzieło. Gdy już przychodzisz na to otwarcie wystawy z poczuciem, że wiesz co było tam wcześniej i z czego to się zrodziło, a jaki jest efekt.


AG: Ja również lubię ten moment, że czegoś nie było, a właśnie jest, też między innymi dzięki mojemu wkładowi.


JG: Masz poczucie sprawczości i to jest wspaniałe. I też myślę, że w takiej pracy koordynacyjno- producenckiej jest fajna ta świadomość, że łączy się bardzo dużo wątków, jak i że łączy się też wiele osób ze sobą.


AG: A kto w takim razie, najlepiej sprawdza się w roli producenta? Czego można się nauczyć, a z czym należy przyjść?


JG: Jaki typ człowieka? Nauczyć można się narzędzi, jakiegoś systemu pracy, mówię o takich suchych kwestiach, można nauczyć się liczyć, ogarniać dokumenty, bo to też jest część tej pracy. Producenci są od organizowania procesów, ludzi, zdarzeń.


AG: Tak, po fakcie jest kolokwialna zwijka czyli demontaż, a na producenta czeka opisywanie faktur.


JG: Dokładnie, trzeba zająć się rachunkami, fakturami umowami i są tacy, co to uwielbiają, są tacy, co to lubią mniej, ja należę do tych drugich. Jednak jest to taka część tego zajęcia, którą należy zrobić. Sama robię to trochę beznamiętnie.

Wracając do podstawowego wątku, czyli jakie umiejętności należy mieć albo się ich nauczyć aby odnaleźć się w roli producenta, to myślę, że istotna jest komunikatywność i taka chęć porozumienia się z ludźmi. Ludzie są tak różni, mają tak różne potrzeby i wizje tego, jak coś powinno być zrobione, że to wymaga naprawdę dużej cierpliwości i takiej chęci wysłuchania drugiej osoby, otwartości też i umiejętności przełknięcia pewnych kwestii.

Równie ważna w naszej profesji jest stanowczości, bo czasem się rzeczywiście nie da, albo trzeba to zrobić inaczej. Ja w tej pracy nauczyłam się tego, że nie ma, że się nie da, po prostu trzeba znaleźć inne rozwiązanie. Takie podejście bardzo pomaga. Może nawet trzeba być trochę psychologiem, żeby wejść w relację, że umieć rozmawiać z ludźmi. Bo czasami jest tak, że ludzie mają wizję, jak coś powinno wyglądać i nie chcą odpuścić. To jest siła artystów, bezkompromisowość, wiedza, jak coś ma wyglądać. W zasadzie jest tak, że jak się ma środki i pieniądze to w zasadzie wszystko można, nie? Ale czasami jednak trzeba to dopasować do sytuacji, w której się jest i wtedy pojawiają się schody, które trzeba pokonać.


AG: Zatem też gdzieś elastyczność i umiejętność dostosowywania się jest przydatna? Połączona w pewnym sytuacjach z nieustępliwością.


JG: Tak, wiesz, że coś masz to po prostu to robisz i musisz takie środki znaleźć, żeby to się udało.


AG: Wspominałaś już stworzyłaś kilka edycji, a z której jesteś najbardziej dumna?


JG: Kolejne pytanie z serii "jak wprowadzić człowieka w zakłopotanie". Odpowiem wymijająco.


AG: Bo przez to pytanie chcę zadać inne, żeby trochę się dowiedzieć, co najbardziej Cię pociąga? Co Ci sprawia radość w tej pracy, jakie jej elementy? Już trochę nauczyliśmy się przez tą rozmowę, że właśnie to łączenie i odkrywanie i budowanie czegoś z niczego, praca z ludźmi i spotykanie się z interesującymi osobowościami kuratorów, artystów to jest coś co Ciebie interesuje chyba tak jak mnie w tej pracy. Jak pytam, co z dumą, to zazwyczaj wychodzą jeszcze inne elementy związane ze szczególnym charakterem tej pracy. Na przykład fakt, że pracuje się z artystami, którzy absolutnie inspirują, bo są bezkompromisowi albo bardzo oryginalni.


JG: To nadal jest to trudne pytanie, bo tych edycji już trochę zrobiłam i każda była inna i w każdej miałam poczucie, że się dzieje coś innego, nowego. Myślę, że dlatego zostałam w tej pracy, bo ja się szybko nudzę i gdybym miała ciągle odtwarzać to samo, ten sam proces i nie miałabym poczucia samorozwoju ani zdobywania wiedzy o świecie, bo ta praca, co też jest ważne, żeby zachęcić, że tutaj można się naprawdę dużo o świecie dowiedzieć. Tematy poruszane na festiwalu przez artystów, kuratorów czy ludzi współpracujących, edukują.

Dla mnie szczególnie ważna edycja odbyła się dwa lata temu. Dlatego bym na nią wskazała bo wówczas zmieniła się struktura u nas w zespole i w pewnym sensie zostałam z pewnymi rzeczami, z produkcją, ogarnięciem budżetu w dużej mierze sama. Musiałam stworzyć specyficzną instalację w Galerii Starmach. To była taka spiralna konstrukcja, na której było zamocowanych tysiące maleńkich zdjęć, która wyklejała moja współpracowniczka Małgo Dziedzic, zresztą pieczołowicie kilka dni. Po tym jak udało się ją ustawić. To naprawdę dla mnie to był efekt wow. Nie pozabijaliśmy się przy tym, daliśmy radę, a rezultat był fenomenalny. Wówczas dyrektorką była Agnieszka Olszewska, jeszcze chyba wtedy Dwernicka, która pozyskała środki na tą wystawę, więc miałam też ogromną satysfakcję pracy w ekipie, gdzie zrobiliśmy wszystko, żeby coś się udało, co nie było takie oczywiste od początku. Jednak jako zespół stanęliśmy na wysokości zadania. Wszyscy podekscytowani wyzwaniem myśleliśmy "zróbmy to!". I tak też zrobiliśmy. Reszta jest już historią.


Potem cały wyczyn miał być powtórzony w Szwajcarii, a my już mieliśmy know-how, co ułatwiało o niebo całą realizację zagraniczną. Naprawdę byłam wtedy bardzo szczęśliwa, bo zobaczyłam, że można, jak tylko masz wszystkie narzędzia i tym pokierujesz dobrze, to wszystko można zrobić.


AG: A czy pojawiają się takie pomysły na crossovery? Czasem jak rozmawiam właśnie w tym cyklu spotkań z ludźmi z kulis kultury, przebija się taka nuta, że tak naprawdę ludzie bardzo lubią swoje role, czują się w nich dobrze i nie mają takiej ciągotki, w kierunku sceny. Raczej pojawia się taki wątek, że bardzo dobrze czuję się na zapleczu, chcą tu być, ale chcę tworzyć kulturę. Czy u Ciebie pojawiły się takie pomysły, żeby być kuratorem albo samemu coś tworzyć?


JG: Jak na samym początku wspomniałam, moja przygoda z fotografią zaczęła się od tego, że sama działałam, robiłam coś, szukałam swojej drogi. Przez moment też studiowałam fotografię, czyli kształciłam się na artystkę, ale nie poszłam w tym kierunku, nie wiem czy dlatego, że poszłam do pracy i się skupiłam na czym innym, trafiłam na zaplecze. To czego się nauczyłam w swojej działalności artystycznej wcześniej i w szkole, pozwoliło mi utrzymać się w tej pracy, bo rozumiałam lepiej naturę tego, czym się zajmuję. Jak rozmawiałam z artystami, to rozumiałam na jaką ich potrzebę musze odpowiedzieć. To są często też rzeczy i techniczne, musisz wiedzieć, z czego coś się wykonuje, musisz znać materiał, żeby móc wyprodukować pracę. I też rozumiesz takie podejście artysty, emocjonalne, radykalne, bo rozumiesz, że on pracując nad czymś, całkowicie jest tym pochłonięty, że dla niego jest najważniejsze na świecie.

Oczywiście gdzieś te ciągoty były, ale ta satysfakcja z tego, że obcuje, nawet nie ze swoim dziełem, tylko z czyimś, ale to, że wpływam na to, że ono może być pokazane, zrozumiane i dostępne dla publiczności, stanowiło dla mnie ogromną satysfakcją. Oczywiście jakieś tam zapędy kuratorskie też są. One gdzieś się tam delikatnie pojawiały w trakcie festiwalu, bo zdarzało się, że był temat, kgóry wymagał merytorycznego pociągnięcia, więc czasem czy sama, czy we współpracy z ówczesnymi kuratorami pracowałam nad tym i to było bardzo satysfakcjonujące, natomiast myślę, że to jest bardzo trudna praca kuratorska, bo wymaga ogromnej wiedzy i czasu, przynajmniej ja tak na to patrzę, bo to jest łączenie pewnych pomysłów, wątków, tematów jakby od nowa, tworzenie nowych treści, wartości, przy jednoczesnym używaniu cudzych dzieł, prac. Więc tutaj też jest dużo takiej pokory między tym, czy kurator jest sam artystą, bo teraz się tak często dzieje, że kuratorzy sami są artystami. Bo dla mnie było tak, że kuratorzy byli głównie producentami. Mnie również jest bliższa taka wizja kuratora, który umożliwia pokazanie, ale właśnie jest trochę na zapleczu, jest trochę tłem, gra drugie skrzypce. I z takimi też ludźmi pracowałam, o takim zacięciu. Oni też tak swoją rolę postrzegali.


AG: To jest bardzo unikatowe, bo w momencie, kiedy pracuje się z artystami żyjącymi, ten wątek pojawia się też w rozmowach z ludźmi teatru i estrady, że pracujesz z bardzo wrażliwymi ludźmi, inspirującymi i z charyzmą, pociągają za sobą jednak nas, ale to jest taka delikatna materia, która też wymaga pewnego repertuaru społecznych umiejętności.


JG: Zdecydowanie tak. Trzeba mieć sporo pokory, przy jednoczesnym poczuciu jakiejś własnej, wewnętrznej siły, bo trzeba się z tym ego, czy swoim, czy czyimś cały czas boksować, ale mi się wydaje, że podobnie jest w każdej innej działalności,czy to praca w szpitalu, czy na uczelni.


AG: Czyli to jest jakiegoś rodzaju dojrzałość, której się wciąż uczysz?


JG: Na pewno. Tak przeskoczyłyśmy z tego wątku właśnie, jak go nazwałaś cross over. Myślę, że tak bardzo bym nie chciała przejść gdzieś tam dalej, jakby czuję moc w miejscu, w którym jestem teraz. Jako organizator czy producent też dajesz ludziom wsparcie, jeżeli wyjdziesz z takiego założenia, że my jako organizatorzy, że naszą rolą jest przyczynić do tego, by pokazać coś ważnego światu. Brzmi górnolotnie ☺ Zatem to my tych wyborów dokonujemy, bo jednak pokazujemy to, co chcemy pokazywać, mamy takie możliwości i narzędzia, nie dlatego, że ktoś nam każe. Na tym polu też mam ogromne poczucie satysfakcji.

Zresztą rozmawiałyśmy wcześniej o projekcie, który wygrał w tym roku Przegląd portfolio i wygrał dlatego, że uznałam, że to jest ważny temat do powiedzenia ludziom. I chcę, żeby publiczność krakowskiego festiwalu też mogła to zobaczyć, doświadczyć, wziąć udział w wydarzeniach.



8 wyświetlenia

projekt Showmakers: zaplecze kultury

sfinansowany jest dzięki grantowi MKiDN, w ramach programu Kultura w sieci

© 2023 by ENERGY FLASH. Proudly created with Wix.com

  • White Facebook Icon